Michael Cunningham, „Dziki łabędź i inne baśnie”

Znalezione obrazy dla zapytania: dziki łabędź i inne baśnie przekładW „Dzikim łabędziu”, Michael Cunningham postanowił sprawdzić, co się dzieje z bohaterami najpopularniejszych baśni długo po tym, jak bajarz postawił ostatnią kropkę, ich przyszłość zbywając sztampowym „… i żyli długo i szczęśliwie”. Czasem trochę te opowieści uwspółcześnił, dokonał reinterpretacji, czasem spojrzał na nie z zupełnie innej strony niż ta kanoniczna – momentami bardzo przewrotnie, ironicznie. Nie pierwszy raz zresztą, wystarczy przypomnieć sobie znakomitą „Królową śniegu”, wariację na temat opowieści o okruchu lodu tkwiącym w sercu Kaja.
Jego bohaterowie, pozbawieni baśniowych kostiumów, piją w barach dla częściowo odczarowanych, nieodczarowanych zupełnie lub, po prostu, rozczarowanych tym, co przyniosło życie, gdy baśń się skończyła. A pijąc oszukują się, że szczęście tożsame jest z nadzieją, iż po prostu nie będzie już gorzej. Przeraźliwie samotni czekają aż dopełni się czas, pogrzebawszy złudzenia, że może chociaż upadek przyjdzie w bardziej majestatycznej i romantycznej formie. Dawno bowiem zrozumieli, że nie są już bohaterami baśni, gdzie śmierć, jeśli się w ogóle przydarza, jest śmiercią zazwyczaj bohaterską lub uwzniośloną trafiającym do serca morałem. Nie – to ich życie, pozbawione bajkowego pierwiastka, jest ze wszech miar ludzkie: poślednie, małe, nieważne, a więc i jego koniec nie nosi żadnych znamion wielkości. Nie pozostaje więc nic innego, jak cierpliwie wegetować czekając, aż wypełni się przeznaczenie. Inni są, jak olbrzymi w bajce o Jasiu i fasoli, złaknieni czegoś więcej, niż domowa harówka i opryskliwość towarzysząca nudnej wierności. Z etapu sprzeczek, żaru i docierania związku przeszli do chłodnej życzliwości. Jednym słowem, do etapu, w którym jakakolwiek nuta nikczemności w poprawnym do bólu i morderczo idealnym małżeństwie może być tym, co choć na chwilę przywróci dawny ogień. Bardzo za tym tęsknią, nawet, jeśli w tym ogniu ostatecznie spłoną. W „Dzikim łabędziu” znajdziemy też Bestie zamknięte w zamkach i ogarnięte obsesją na punkcie własnych grzechów, oraz Piękne, zamknięte w prowincjonalnych miasteczkach, pyszne pychą świątobliwych zakonnic.

U Cunninghama nie mogło zabraknąć również Śnieżki… No cóż, nie od dziś wiadomo, że niektóre księżniczki powinny śnić snem wiecznym, zaś niektórzy książęta winni pozostać słodkim marzeniem sennym. Tak było lepiej, zarówno dla księżniczek, książąt, jak i dla krasnoludków, którym jednym pocałunkiem odebrano miłość życia. W snach i bajkach bowiem, zazwyczaj prawie wszystko jest trochę bardziej doskonałe, niż w koszmarach, które śnimy na jawie.
Bohaterowie Cunninghama bajkową jednowymiarowość zastąpili ciekawym rysem psychologicznym, aż za bardzo przypominając nas, dawno już wyrosłych z historii o tym, że dzielny szewczyk ma szansę na rękę księżniczki – wystarczy jedynie zabić smoka.
Nas, dawno wyrosłych z bajek o tym, że zło dobrem się zawsze zwycięża, a dobre uczynki zostaną nagrodzone.
Nas, którzy nie raz się przekonali, że czasem lodowych okruchów tkwiących w sercu nie ma sensu wyciągać.
Wreszcie, nas, roz-czarowanych, wiecznie wierzących w czcze obietnice, chwytających się kurczowo jakiejkolwiek nadziei ufając, że może tym razem opłaci się wymienić ostatnią krowinę na fasolkę? Fasolkę niebanalną, bo, jak zapewnia sprzedawca, magiczną, dzięki której w końcu sięgniemy nieba; czemu więc nie spróbować? Przecież, jak śpiewał jeden z bardów, coś być musi, do cholery, za zakrętem. „Dziki łabędź” traktuje również o tym, jak bardzo trzeba uważać z werbalizacją tego, o czym się marzy, bo prawdziwy dramat może mieć miejsce, gdy ktoś postanowi te nasze marzenia spełnić.
Bohaterowie Cunninghama są przeraźliwie samotni i pragną, żyjąc z piętnem nędzy, obłędu, kalectwa, inności. Niestety, pragną głównie tego, co im nie przysługuje, ze względu na stan lub ułomności, A ci, którzy znaleźli współtowarzyszy swojej samotności, cierpią i tkwią w związkach, w których udręka jest tak intensywna, że nie pozostaje nic innego, jak nauczyć się być ze sobą szczęśliwym.
Niektóre z opowiadań są makabryczne, większość jest, mimo przewrotności, smutna i melancholijna. Część wydaje się trochę zbędna, pozbawiona puenty. Z drugiej jednak strony, wiara w to, że każde życie musi posiadać cel, sens i puentę zdaje się być przynależna do tej akurat baśni, którą opowiadamy sobie przez cały nasz czas. Cunningham, po ostatniej kropce bajarza nie odnalazł właściwie niczego innego, prócz nas samych, z naszymi bolączkami, fobiami, z naszym zmaganiem się z codziennością i uciekaniem z jednej fikcji w drugą. Jak mi się wydaje, nie warto się na niego złościć za to, że niektórym z jego opowieści puent jest brak. Przecież nie chce on nam opowiadać kolejnych bajek, tylko sprawić, że gdzieś między jedną a drugą stroną ujrzymy siebie. Zwłaszcza, jeśli prawdą jest to, co – jak zwykle górnolotnie – napisał Zafon twierdząc, że książki są lustrem, w których widzimy tylko to, co już mamy w sobie. Od nas zatem tylko zapewne zależy, czy w tych post-bajkach Cunninghama ujrzymy sens, morał, puentę, jej brak, czy też nawet nadzieję na „żyli długo i szczęśliwie”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s